W sumie powinnam się cieszyć z tego przedłużonego urlopem majowego weekendu, ale moja niezmącona beztroska oczywiście musiała zostać zakłócona nieoczekiwaną chorobą Ewuni. Młode kaszle jak stary gruźlik, jedyne co jest pocieszające, że przynajmniej ma czysto w oskrzelach i obędzie się bez antybiotyku jak na razie. Ufff, bo nie lubię tego świństwa podawać dzieciom.
Korzystając z okazji, że starsza poszła do szkoły a młodsza zaległa w chorobie prze tv wyciągnęłam moje książki i zabrałam się za naukę – czuję już oddech sesji na plecach. No i obraz ogromu materiału i pokrętności zagadnień do opanowania mnie przerósł. Chyba zaczynam już panikować, że nie dam rady się tego wszystkiego nauczyć. Do tego sprawdziłam terminarz sesji i zbiega mi się koncertowo z wakacjami w Chorwacji, które kupiliśmy już w listopadzie. No i klops. Trzeba będzie chyba pisać podanie o przesunięcie egzaminów jak się źle poukładają. Ja już chyba jestem za stara na takie wkuwanie. No cóż będę musiała opracować jakiś plan działania na ten czas. Kurcze jeszcze rok, jeszcze tylko jeden rok i będę mieć to z głowy. To jest jedna jedyna myśl, która trzyma mnie w tym trudnym biegu maratońskim, gdzie jeszcze nawet nie majaczy nigdzie w oddali kolorowa wstążka mety buuuuuuuu
Na drutkach już zaczyna się mniej dziać, bo i czasu mam mniej. Jednak powoli ale sukcesywnie brnę do przodu. Wiśniowa malina już po same pachy jest zrobiona, więc już bardzo blisko końca, co mnie niezmiernie cieszy. Jeszcze tylko podciągnąć oddzielnie wszystkie kawałki do szyi i zrobić krótkie rękawki :)

Muszę się do czegoś przyznać. Pozazdrościłam Lete polowań na allegro i poszłam w jej ślady i też mam swoje łupy. Dziś przyszły do mnie dwie książki z wzorami na serwety. W przyszłym roku na Wielkanoc nie będę już w panice biegać po domu szukając odpowiedniej serwetki do koszyczka.
No i taki mam właśnie kryzys. Przesadzam? No trudno, ale jak się człek wygada to mu ciut lepiej się robi. Chyba :)